niedziela, 18 września 2016

45. 'I tried to warn you just to stay away...'

* Megan *

       Megan od początku imprezy siedziała w towarzystwie przyjaciół Jake'a Millera. Zwykle grzeczna Hillton otwierała już piąte piwo tego wieczoru. Towarzystwo starszych kolegów jak najbardziej jej odpowiadało. Dziewczyna nie była brzydka, więc cieszyła się dużym powodzeniem wśród elity.
       Po pewnym czasie, przepychając się przez tłum, odnalazł ją Riker.
-Meg!- Lynch starał się przekrzyczeć tłum imprezowiczów.
-O, cześć, Kocie.- powiedziała z pijackim akcentem.- Hej, wszyscy!- starała się ściągnąć uwagę ludzi.- To mój chłopak. Riker.- wskazała na blondyna.
Blondyn postanowił zignorować towarzystwo. Jedynie skinął lekko dłonią w ich stronę. Po chwili odezwał się do Megan:
-Piłaś?- zapytał z wyraźnym oburzeniem w głosie.
W sumie to, że spożywała było to oczywiste. Nie wiem skąd wzięło się to oburzenie w głosie basisty. Sam lubił dużo wypić i dobrze się zabawić. Jego zachowanie było nasiąknięte hipokryzją jak gąbka. U młodego pokolenia rodziny Lynch chyba jest to dość rodzinne.
-Myślę, że powinniśmy już się zbierać.- rzekł oschle blondyn w kierunku brązowookiej. Rzucił krótkie, pełne pogardy otojrzenie w stronę ludzi, przez których byli otoczeni.
-Ale Skarbie, impreza dopiero się rozkręca!- uniosła czerwony, plastikowy kubek w górę i zaśmiała się.- Zostańmy jeszcze chwilę.
Hillton objęła Rikera za szyję i przejechała palcem wskazującym po jego klatce piersiowej. Chłopak głośno nabrał powietrza w płuca.
-W sumie, to możemy jeszcze chwilę zostać.- uśmiechnął się i nim zdążył wtrącić coś jeszcze, kubek po brzegi wypełniony alkoholem znalazł się i również w jego dłoni.
-Chodźmy potańczyć.- dziewczyna postawiła kubek i pociągnęła brązowookiego na parkiet.
Riker coraz bardziej wpasowywał się w grono imprezowiczów. Chyba wszyscy zapomnieli już o głównym motywie przewodnim wieczornego wydarzenia. Megan pochłaniała 'ognistą wodę', jakby był to najzwyklejszy sok. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego ona jeszcze stoi na nogach. Muszę przyznać, że dziewczyna bardzo dobrze się trzyma. Zobaczymy jak długo da jeszcze rade... Alkohol dodał jej pewności siebie, ale jej mózg chyba odmówił już współpracy. Do rana zapomni, co się działo.
Nagle brunetka zatrzymała się i uśmiechnęła szeroko, jakby jakiś szatański plan wpadł jej do głowy. Chwyciła pospiesznie rękę dwudziestolatka i pociągnęła go za sobą.
-Gdzie idziemy?- zapytał niepewnie.
-Zabawić się.- odpowiedziała, rzucając cwany uśmieszek w jego stronę.
Lynch nic dalej nie mówił. Szedł i obserwował działania swojej dziewczyny. Młodzi przecisnęli się przez tłum i dotarli do schodów. Wchodzili po nich na górę. Brązowooki szedł równym krokiem, a jego towarzyszka lekko się zataczała, ale nie sprawiało jej to żadnego problemu. Minęli parę, która dosyć namiętnie wymieniała pocałunki, a po chwili Meg gwałtownie wciągnęła Rika do środka pewnego pomieszczenia.
Zanim on zdążył zadać jakiekolwiek pytanie, ona złączyła ich usta w pocałunku.Wplotła ręce w blond włosy chłopaka, a on automatycznie objął ją w pasie, przyciskając bliżej do siebie. Blondyn uprzejmie wepchnął swój język do ust dziewczyny. Ona przerwała pocałunek, aby zdjąć z siebie sukienkę, a następnie chwyciła za koszulkę towarzysza, która chwile później znalazła się obok jej sukienki. Blondyn na widok jej pół-nagiego ciała wciągnął głęboko powietrze.
Chwycił ją za pośladki, a ona podskoczyła i oplotła go nogami w pasie. Chłopak ruszył w kierunku dużego łóżka, które stało w centrum pokoju.
Dziewczyna oddychała szybko i zaczęła dobierać się do dolnej części garderoby Rikera. Nagle on gwałtownie przerwał pieszczoty i usiadł na łóżku.
-Hej, co się stało?- zapytała niezadowolona brunetka, po czym usiadła obok Rikera.
-Nie mogę.- powiedział patrząc prosto w jej ciemne oczy.- Jesteś pijana.
-To co?- zaśmiała się.- Ty też.- rzekła uwodzicielsko, wciskając się na kolana młodzieńca.- Nie chcesz tego zrobić?- położyła dłoń na jego policzku.
-Nawet nie wiesz jak bardzo chcę.- podniósł się z łóżka, zrzucając przy tym dziewczynę.- Po prostu nie mogę. Nie chcę zrobić czegoś, czego za kilka godzin będziesz żałowała.- przyklęknął przy niej.
-Rozumiem.- odparła zawiedziona.
Na pewno nie była zażenowana tą sytuacją. Ona nie myślała i nie miała nad sobą kontroli. Proste.
-Wracamy na dół?- zapytał.
-Jasne!- pośpiesznie wcisnęła się i sukienkę i podała blondynowi t-shirt.
Na parterze, gdzie miała miejsce cała prywatka, wszystko nadal trwało jak wcześniej. Zanim para wróciła na parkiet, podszedł do nich Christian.
-Hej, jak się bawicie?- mówił, przekrzykując muzykę.- Napijecie się czegoś?- powiedział, nie czekając na odpowiedź na poprzednie pytanie.
-Ja chętnie.- powiedziała Meg, odrzucając do tyłu loki, które przysłaniały jej twarz.
-Jeśli chodzi o mnie, to dzięki, ale nie. Pójdę poszukać braci.- odparł Rik.- widzimy się później.- powiedział do Megan.
-Oczywiście.- posłała mu buziaka i ruszyła za Chrisem, który szedł do mini baru.
Chwilę później siedzieli już przy blacie na wysokich, czerwonych krzesłach.
-Jakieś szczególne życzenia?- zapytał uśmiechając się szeroko.
-W sumie nie wiem. Może mi coś zamówisz?- oparła się łokciami o blat.
Szatyn zaśmiał się odchylając delikatnie głowę do tyłu, a następnie zwrócił się do barmana.
-To ja poproszę Pina Coladę, a dla tej uroczej Pani będzie Margharita.- wymienili z barmanem porozumiewawcze uśmieszki.
Barman uśmiechnął się szeroko i zabrał się za przygotowywanie drinków. Po chwili napoje znalały się tuż przed nimi.
-Czy mi się wydaje, czy twój Riker jest jakiś spięty dzisiaj.- zaczął Christian upijając łyk rumu.
-Nie, tylko ci się wydaje.- nagle Meg zrzedła mina. Zaczęła bawić się parasolką umieszczoną w jej tequili.
-Coś się stało? Pokłóciliście się?- chłopak był bardziej dociekliwy niż zwykle.
-Nie, nic się nie stało, okay?- zmarszczyła brwi.
-Jasne, tylko zapytałem.- powiedział biorąc duży łyk napoju.- Nieważne. Coś nowego u ciebie słychać?- zapytał zmieniając temat.
-Chyba nic nowego.- natychmiast się rozpromieniła.- Tylko... Niedługo już koniec lata i trzeba będzie się zwijać do domu.- wypiła duszkiem całą zawartość szklanki. Zatrzęsła z powodu siły alkoholu. Chris uśmiechnął się delikatnie.
-Te dwa miesiące minęły szybko, ale macie jeszcze trochę czasu w L.A.
-Wiesz co, chyba powinnam poszukać Rikera albo Mack.- zignorowała wypowiedź chłopaka.
Nie czuła się dobrze. Po wypiciu drinka poczuła, że zbiera jej się na wymioty. Zakaszlała.
-To już pójdę.- wybełkotała i zerwała się z krzesła. Nagle jej nogi stały się jak z waty. W jej głowie szumiało i kręciło się. Przed oczami zobaczyła ciemność. Upadła na ziemię.

* * *

       Nie wypada również pominąć podczas tego wieczoru Rydel. Dziewczyna od samego początku czuła się zagubiona w tłumie. Przyjechała tu wyłącznie, aby celebrować rozpoczęcie trasy przez Millera, a podczas całej imprezy widziała go tylko na chwilę. Miała już szczerze dosyć przewijających się wokoło pijanych ludzi, od których śmierdziało papierosami i wymiocinami. W jednej chwili poczuła jak krewetki, które jadła na obiad, podchodzą jej do gardła. A jakby tego było mało, jej rodzeństwo zapadło się pod ziemie. Nie znała nikogo z zaciętych imprezowiczów. Nie zdziwiłoby jej to, jeśli niektórzy z osobników trafili by tu tak o, prosto z ulicy. 
       Blondynka rozglądała się za kimkolwiek, kogo by znała. Nagle przy oknie zobaczyła Rylanda. Z tego, co było jej wiadomo, nie miał on się tu dziś zjawić. Natomiast chłopak stał i klikał w ekran telefonu. Delly szybko ruszyła w jego stronę.
-Co ty tu robisz?- zapytała, starając się przekrzyczeć łomot wydobywający się z głośników.
-Piszę smsa.- powiedział nie odrywając głowy znad ekranu. 
-Super. A podobno miało cię tu dziś nie być.- skrzyżowała ręce na piersiach.
-Ale jestem, surprise siostra!- uniósł ręce do góry.- Nie cieszysz się, że mnie widzisz?- zaśmiał się.
-Oczywiście, że się cieszę.- rzuciła nie skupiając się na tym co mówił.
-Jake poprosił mnie żebym pomógł przy oprawie muzycznej.- kontynuował, ale ona go nie słuchała. Starała się skupić na tym, co mówi, ale była zbyt zmęczona. Jedyne, o czym obecnie myślała, to jak wrócić do domu. Nagle zapaliła jej się lampka w głowie. Ellington. Blondynka desperacko zaczęła poszukiwania przyjaciela. Nie zajęło jej to dużo czasu. Gdy tylko weszła do kuchni zobaczyła jak Ellington, trzymając butelkę piwa w ręce, gada z jakąś dziewczyną. Gdy tylko weszła do kuchni, usłyszała jak Ratliff krzyczy w jej stronę:
-O hej, Delly, kochanie!- brunet zaczął iść w jej kierunku lekko się przy tym zataczając.
-Matko.- mruknęła do siebie pod nosem.
-Jak dobrze cię widzieć!- objął brązowooką ramieniem. 
Rydel była lekko zarzenowana. Nawet czarnowłosa, z którą konwersował przed chwilą Ell-Rat, opuściła właśnie pomieszczenie. 
-Nie mów, że ty też się upiłeś.- powiedziała, wywracając teatralnie oczami.
-N-nie upiłem się.- uśmiechnął się krzywo.- Czuję się świetnie.
-Widzę.- westchnęła.
Rydel jako jedna z nielicznych osób była zwolenniczką zabawy bez alkoholu. Lecz nie była ona zupełną abstynentką. 'Alkohol z umiarem'.
-Jak się bawisz?- zapytał obejmując blondynkę w pasie.
-Ell, co ty wyprawiasz?- zapytała, próbując wyswobodzić się z rąk przyjaciela.
Ratliff nic nie odpowiedział tylko złączył ich usta w pocałunku. Dziewczyna odskoczyła jak oparzona i przyłożyła mu z liścia w twarz.
-Ellington!- pisnęła, a następnie wybiegła z pomieszczenia.
Przeciskała się przez tłum osób, próbując znaleźć wyjście. Nie miała pojęcia co się przed chwilą stało. Miała ochotę zwymiotować. Nagle zderzyła się z kimś.
-O Dells!- przed oczami miała Millera.- Jak się bawisz?
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, tylko szybkim krokiem poszła dalej. Czuła, że kończy się jej zakres powietrza w płucach. Wypadła na zewnątrz i zaczęła rozpaczliwie przeszukiwać torebkę, aby znaleźć telefon. Nie chciała wracać do domu, ale gdzieś musiała się zatrzymać. Gdy w końcu wygrzebała iPhone, zadzwoniła po taksówkę. Chciała się znaleźć od tego miejsca najdalej jak to tylko możliwe.

* * *

       Rocky siedział na ganku z butelką piwa w dłoni. Był już znudzony tą imprezą. Nie to, że liczył na jakieś specjalne wydarzenia typu bójki, czy pokaz sztucznych ogni w salonie. Po prostu podczas swojego całego dziewiętnastoletniego życia był już na ogromie imprez i każda kolejna robi na nim coraz mniejsze wrażenie. Ludzie tańczyli, śpiewali (o ile ten bełkot i krzyki można było tak nazwać), palili papierosy, trawkę, grali w beer-ponga. Nudy.
       Brunet siedział, wpatrując się w horyzont, gdy nagle za plecami usłyszał czyjś głos.
-Nie spodziewałabym się tu ciebie.- powiedziała Nicole.
-Szczerze?- zaczął brązowooki.- Ja siebie tutaj też się nie spodziewałem, a ciebie tym bardziej. 
-Minęło dużo czasu odkąd ostatni raz się widzieliśmy.- mówiła szatynka.
-Czy ja wiem.- chłopak wziął duży łyk piwa.- Znacie się z Jake'iem?
-Można tak powiedzieć. Kiedyś się kumplowaliśmy.- obracała szklankę z niebieską cieczą w środku.- A wy się znacie?
-Nie byłoby mnie tu, gdybym się z nim nie znał.- upił łyk z puszki.
Dziewczyna skrzywiła się delikatnie, a po jej twarzy było widać, że jest lekko urażona. Chłopak, gdy to spostrzegł, starał się dekliatnie załagodzić to, co powiedział chwilę wcześniej.
-W sumie, to lepiej zna się z nim moja siostra, a nie ja, ale ogólnie to ja też się z nim znam... Nie ważne.- podsumował, gdy zaczął się plątać w tym, co mówił.
-Rozumiem.- odparła lekko.- Powoli zbliża się koniec wakacji i wszyscy się zmywają z LA.
-Co masz na myśli?- zapytał, prostując plecy.
-Jake zawija się w trasę, zabiera ze sobą Cassandrę, wasze przyjaciółki pewnie też zaraz wracają do Londynu, ja też będę niedługo wyjeżdżała...
-Wyjeżdżała?- zapytał ponownie, wyrzucając pustą puszkę po piwie do kosza.
-Dostałam ofertę pracy w Seattle.- powiedziała ostawiając szklankę.- Moja ciotka ma dla mnie jakąś robotę u niej w firmie.
-To fajnie.- odparł, choć wcale nie obchodziło go to, co mówi dziewczyna.- Muszę cię przeprosić, idę do środka znaleźć Ellingtona.- rzucił szybko i skierował się do wyjścia z ganku. Zostawił dziewczynę samą i ruszył do miejsca, gdzie odbywała się zasadnicza część imprezy. Nie zależało mu, żeby znaleźć Ratliffa. To była pierwsza wymówka, jaka przyszła mu do głowy. Nie miał ochoty słuchać brunetki. Z salonu posiadłości przeszedł do kuchni. Zobaczył tam Ell-Rata, w otoczeniu pustych puszek po piwie.
-Co tam, Ziom?- skierował do kumpla.
-A super Przyjacielu.- bełkotał.- A nawet super, rzekłbym wyśmienicie.- zeskoczył z blatu, na którym siedział i poklepał Lyncha po ramieniu.- Poznałem nowych ludzi, potańczyłem, wypiłem trochę, grałem w beer-ponga, całowałem się z Rydel, zjadłem quesadille, właśnie, mam nowy przepis na quesadille...
-Co robiłeś?!- przerwał mu młodszy.
-Poznałem nowy przepis na quesadille.- mówił zataczając się w miejscu.- Świerze pomidory, kukurydza...
-Powtórz to przed tą pieprzoną tortią.- rzucił ostro.
-To nie tortia.- ściągnął brwi.- Quesadilla.
-Ellington Lee Ratliff!- krzyknął.
-Ah tak, co ja mówiłem...-zamyślił się.- Grałem w beer-ponga, całowałem się z Rydel...
Rocky po tych słowach wymierzył mu pięścią prosto w twarz, a starszy upadł na posadzkę.
-To było zaskoczenie.- powiedział Ell powoli podnosząc się z posadzki. Potarł bolący noc, a następnie uderzył Rocky'ego w policzek.- Mogłeś mi złamać nos.
-Kurwa, stary!- jęknął, a po chwili wzajemnie z Ratliffem zaczęli okładać się pięściami.

* * *

       Ross potrząsał bezsilnie Jordan, ale ta nie wyglądała jakby miała otworzyć oczy. Pobiegłam do nich i przykucnęłam obok blondyna.
-Co się stało?- zapytałam, nie odrywając wzroku od blondynki.
-Nie wiem.- powiedział. Jego głos był trzeźwy.- Byłem na dole schodów, gdy ją zobaczyłem. Rozmawiała z kimś przez telefon. Nagle potknęła się i runęła w dół.
-Naprawdę?- zapytałam, odgarniając włosy z twarzy Jord.
-Tak.- spojrzał mi się prosto w oczy. Szybko przeniosłam wzrok z powrotem na blondynkę.- Musimy coś z nią zrobić.
-Wiem.- wywrócił oczami.- Tylko co?
-Wrzućmy ją do któregoś pokoju, wszystkie są puste, wezwiemy karetkę i w nogi.- rzuciłam bez zastanowienia.
-Co?- wykrztusił.- Mamy ją zostawić w takim stanie.
-W takim razie, chcesz stanąć przed sądem za morderstwo?- zapytałam krzyżując ręce na piersi.
-J-ja... Nie... Ale ja nic nie zrobiłem!- bełkotał.
-Shor, podejmij właściwą decyzję.- wiedziałam, że zmuszam go do czegoś, czego nie powinien robić, ale chcę go chronić. Mimo wszystkiego, co zaszło w ostatnim czasie, nie chcę wciągnąć nas oboje w gorsze bagno.
-Bierzemy ją.- wyprostował się jak poparzony.
Chwycił blondynkę pod pachami, a ja podniosłam ją za nogi. Nie mieliśmy problemu z jej przetransportowaniem, bo była lekka. Poszliśmy wzdłuż długiego korytarza i gdy znaleźliśmy się w przy ostatnim pokoju, znajdującym się w najdalszej części domu, pchnęłam lekko drzwi. Wsunęliśmy się cicho do środka. Pomieszczenie było puste. Nie było w środku żadnych ozdób i mebli. Stalo tam tylko małe łóżko, który nie było nawet pościelone. Tylko materac i drewniany stelaż. 'Idealnie'- pomyslałam. Rzuciliśmy dziewczynę na łóżko. 
Ross otworzył usta i już miał coś powiedzieć, ale odezwałam się, zanim zdążył cokolwiek wykrztusić.
-Jak coś, to ty nie widziałeś mnie, ja nie widziałam ciebie. Nie mam ochoty teraz mieszać się w cokolwiek.- powiedziałam szybko i odwróciłam się w kierunku drzwi. 
Gdy chwyciłam za klamkę, usłyszałam za plecami ciche 'dziękuję'. Przystanęłam na chwilę, a przez moją głowę przebiegła myśl, żeby się odwrocić. Jednakże postanowiłam wyjsć i zostawić Rossa i jego rozczochrane, tlenione, blond włosy i przepite oczy sam na sam.
       Gdy tylko wyszłam z pokoju, gdzie zostawiliśmy Jordan, usłyszałam jakby odgłos tłuczonego szkła, który dobiegał z pomieszczenia obok. Impulsywnie przekręciłam gałkę w drzwiach i wparowałam do środka.
-Halo?- powiedziałam, a z tonu mojego głosu biła ogromna nuta niepewności. Nagle niemalże podskoczyłam w miejscu, gdy drzwi zatrzasnęły się za moimi plecami.
-Czy ktoś tu jest?- zapytałam, brzmiąc tym razem o niebo pewniej.
Po chwili dostrzegłam kontury człowieka. Ktoś stał po drugiej stronie pokoju na przeciwko mnie. Zadrżałam. Ten ktoś miał na sobie czarną maskę i czarną bluzę z kapturem. Serce w piersi zaczęło mi bić co raz szybciej. Jeszcze kilka uderzeń, a przysięgam, wyskoczyłoby na zewnątrz. Mój oddech diametralnie przyspieszył. Osoba, która stała przede mną, wyciągnęła telefon i przez rękawiczki wyszukała coś na klawiaturze. Cofnęłam się kilka kroków w tył, opierając się o drzwi. Nagle odezwał się mój telefon. Odblokowałam go drżącą dłonią. Na ekranie pojawiła się wiadomość:

'OD: BLOCKED ID
T: Cześć, Kochanie. -N'

Telefon wypadł mi z dłoni. Chciałam cofnąć się jeszcze bardziej, ale zdałam sobie sprawę, że za plecami mam drzwi. Kurczowo chwyciłam za klamkę, ale ta ani drgnęła. Zaczęłam za nią szarpać, ale to nic nie dało.
-Co do cholery?!- powiedziałam, a w oczach miałam łzy.
Postać zaczęła się zbliżać. Szarpałam za gałkę z całych sił jak oszalała, ale to nic nie dawało. -N stanęło około 1.5 metra ode mnie.
-Czego ty ode mnie chcesz?!- wykrzyknęłam nie puszczając gałki.- Czego?!
Postać ponownie zaczęła klikać przyciski klawiatury. Po chwili mój telefon zabrzęczał.

'OD: BLOCKED ID
T: Nie denerwuj się tak, Kochanie. Złość szkodzi piękności. A Ty masz coś, co do mnie należy.'

-Co?!- pisnęłam.- Ja nic...
Nie dokończyłam zdania. Postać zaczęła się do mnie zbliżać. Cofałam się w bok. Nagle poczułam, że nie mam możliwości ucieczki. Plecami uderzyłam o komodę. Nagle ciemna zjawa podeszła bliżej i położyła mi dłoń na policzku. Drugą dłonią odsunęła czarną chustę z twarzy. Pod spodem była maska, która do złudzenia przypominała twarz Alex, tak jakby ktoś zrobił gipsowy odlew. Wrzasnęłam. Miałam ochotę zwymiotować.

* * *

       Riker stał na balkonie, gdzie oparty o poręcz, wypalał już trzeciego papierosa. Rzadko zdarzało mu się palić, a nawet można powiedzieć, że nigdy nie palił. Nienawidził dymu papierosowego, ale sięgał po nie tylko w wyjątkowych przypadkach. Sytuacja, która miała miejsce na górze z pewnością należała do tak skomplikowanych, że gdy się nad nimi rozmyśla, pochłania się automatycznie całą paczkę Malboro. To co miało miejsce między nim, a Megan należało do spraw delikatnych. Owszem, chciał od dawna zrobić to z Hillton, ale nie w takich okolicznościach. Meg była tak pijana, że ledwo co była w stanie wypowiedzieć jakiekolwiek słowa nie zamieniając ich w całkowity bełkot. Riker też nie zachowywał się jak świętoszek. Tak, wypił dość dużo, ale umysł miał trzeźwy. 
      Na dworze było kompletnie ciemno. Horyzont oświetlały jedynie światła dobiegające z miasta. Na niebie nie było ani jednej gwiazdy. Miller mieszkał na odludziu. Z dala od tłumu i przepychu. W takim miejscu jak to, można było odciąć się zupełnie od świata. Widok na pozór spokojnego Los Angeles z odległości kilkunastu kilometrów był kojący. W tym samym momencie do głowy Lyncha wkradła się pewna myśl. Zgasił piątego szluga w popielniczce, a resztę, która znajdowała się w paczce, wrzucił do tylnej kieszeni spodni. Wszedł do środka pomieszczenia i przechodząc przez hol, zbiegł szybko schodami w dół. Przeszedł pospiesznie przez ogrodzenie i nie mówiąc nikomu pobiegł do swojego auta. Przekręcił kluczyki w stacyjce i ruszył przed siebie.


~~~